Letnia sałatka z kurkami, pomidorami i jarmużem

letnia sałatka z kurkami, pomidorami i jarmużem

Lato nieuchronnie się kończy. Tak, wiem, pisałam o tym w ostatnim wpisie. Jednak przeraża mnie to i wisi nade mną niczym widmo zagrożenia zarazy krwawej gorączki. O ile podczas pisania ostatniego postu miałam tego świadomość, wczoraj doświadczyłam tej tragedii empirycznie kiedy kładąc sie spać musialam zamknąć okno ma noc. Jeszcze nie całkowicie, jednak już uchylony może być jedynie lufcik, żeby zminimalizować ryzyko wyziębienia. Następnie uświadomiłam sobie, ze co raz częściej porannej kawy nie piję już siedząc na schodach do ogródka, a na kanapie w salonie. O ile oczywiście kawałek prywatnej trawy z kilkoma krzaczkami ziół, o wymiarach 4×5 i pokój podobnych rozmiarów w powojennym budynku można nazwać „ogrodem” i „salonem” :)

Jeszcze można spać z lekko uchylonym oknem, a może już jednak też nie bo dzisiaj obudziłam się z bólem gardła, ale jeszcze staram się zrzucać winę na wczorajszą spódniczkę założoną mimo deszczu. Natomiast już niedługo okno będzie musiało być bezwzględnie zamknięte i drastycznie wzrośnie ryzyko uduszenia się. Świeże powietrze jest mi absolutnie niezbędne do życia, tak samo jak i słońce. Możliwe, że powodem jest moje dzieciństwo spędzane latem od rana do nocy, albo od rana do rana biegając po lesie. Szczelnie pozamykane pomieszczenia poważnie mnie przerażają. Zdarza się, że nie mogę zasnąć prze kilka godzin i muszę wstać, otworzyć okno i nawdychać się mroźnego, zimowego powietrza ryzykując zapaleniem płuc, bo mam wrażenie, że inaczej się uduszę. Być może wcale by się tak nie stało i jest to jedynie moje dziwactwo, ale ostatecznie każdy z nas ma jakieś. Moja siostra np. miała taki okres, że bała się jeździć w nocy samochodem poza miastem, bo była przekonana, że w pewnym momencie wyskoczy jej na drogę człowiek z zakrwawioną siekierą. I nie wiem, czy oglądała w swoim życiu jakikolwiek horror, więc nie tu leży przyczyna. Mimo wszystko myślę, że żadna z nas wolałaby nie sprawdzać czy nasze obawy mogą się urzeczywistnić.

sałatka z jarmużu, kurem i pomidorów

Oprócz trwogi i strachu kończące się lato ma dla nas na złagodzenie bólu również kilka miłych aspektów, jak np. sierpniowe pomidory. Chyba nie trzeba ich zbytnio zachwalać, bo ta kombinacja słów u każdego z nas maluje uśmiech na twarzy. Dodatkowo w warzywniakach można jeszcze dostać ostatnie kurki i letni jarmuż, czyli jedne ze skarbów lata, które połączone w prostą, przepraszam, w banalnie prostą sałatkę, pozwalają nam chociaż na chwilę zapomnieć o nadchodzącej tragedii zimy. Osłodźcie sobie popołudnie i odpędźcie czarne myśli. Przed nami jeszcze jesień, grzyby, papryki, a na moich krzakach dojrzewają już chili w 6 odmianach!

przepis na 1-2 porcje

składniki:

  • 3 średnie pomidory malinowe lub bawole serca, lub mieszanka
  • duża garść małych kurek
  • 2 garście jarmużu
  • 2 ząbeki czosnku
  • oliwa
  • sól i pieprz
  • kilka gałązek świeżego tymianku
  • gałązka świeżego rozmarynu
  • 1/2 papryczki chili

wykonanie:

  • Rozgrzejcie piekarnik do 200 st. Pomidory pokrójcie w dużą kostkę, usuńcie gniazda nasienne. Połowę pomidorów przełóżcie do małego naczynia do zapiekania, skropcie oliwą, oprószcie solą i posypcie odrobiną świeżego tymianku, mogą być całe gałązki. Wymieszajcie i wstawcie do nagrzanego piekarnika na ok 15-20 min
  • Kurki oczyśćcie pędzelkiem, odetnijcie końce. Pod koniec pieczenia pomidorów na małej patelni rozgrzejcie odrobinę oliwy, dodajcie posiekany ząbek czosnku, podsmażcie przez chwilę i dodajcie kurki, szczyptę listków tymianku i kilka posiekanych igiełek rozmarynu. Podsmażcie przez chwilę na w miarę dużym ogniu aż woda z grzybów się wygotuje a kurki będą wciąż jędrne. Oprószcie solą i zdejmijcie z ognia
  • W czasie smażenia się kurek, na dużej patelni rozgrzejcie kilka łyżek oliwy, tak, że przykrywała dno. Dodajcie posiekany na plasterki ząbek czosnku, pokrojoną w plasterki chili oraz jednocześnie porwany na kawałki jarmuż. Oprószcie solą i smażcie na dużym ogniu ok 3-4 minuty aż jarmuż zmięknie
  • Jarmuż, kurki, świeże i upieczone pomidory przełóżcie do miski i wymieszajcie. Soki z obu patelni oraz soki z pieczenia pomidorów połączcie razem na jednej z patelni, podgrzejcie chwilę na dużym ogniu, następnie polejcie sałatkę częścią powstałego sosu. Doprawcie sałatkę pieprzem do smaku. Możecie podawać za równo na ciepło jak i na zimno

sałatka kurki pomidory jarmuż

 

 

 

zobacz także

koper włoski przepisy

Siekana sałatka z fenkuła i selera naciowego

Piersi z kurczaka w sosie kurkowo - cukiniowym

Piersi z kurczaka w sosie kurkowo – cukiniowym

Pizza z kurkami i szpinakiem

Pizza z kurkami i szpinakiem

Prosta zupa z pieczonych marchewek

krem z marchewki

Jak już wiadomo nie jestem wielką fanką zup. Czasami jednak najdzie mnie niekontrolowana ochota, żeby zrobić jakąś, która wyjątkowo uroczo spogląda na mnie z jednego z przeglądanych przepisów. Jestem za to wielką fanką pieczonych warzyw, a marchewki stoją na ich czele. Takie niby banalne warzywo nabiera wyjątkowo słodkiego smaku i aksamitnej faktury za sprawą temperatury. A, że niby jeszcze mamy lato, ale trochę już jesień, co wywnioskowałam wyciągając suche, opadnięte liście zza wycieraczki samochodu, to ta zupa wydaje się idealna na ten przełomowy okres. Bo jeszcze letnia, soczyście pomarańczowa jak zachodzące słońce (jestem poetką!), to już trochę jesienna dzięki pieczonym warzywom, które nierozerwalnie kojarzą mi się z jesienią, a nawet zimą.

SONY DSC

Zupy, szczególnie kremy, szczególnie z prostych warzyw korzeniowych, są dosyć rustykalne. W tym ich cały urok, który na mnie działa dosyć mocno. Uwielbiam wszystko co rustykalne, wiejskie, uroczo sielankowe. Oprócz tego, że poetką, jestem chyba więc też wieśniarą. Nawet, jeżeli Wy nie chodzicie po łąkach z potarganym warkoczem, w długich, zwiewnych sukienkach w kwiaty z niewinnie opadającym ramiączkiem odsłaniającym obcałowane słońcem ramię, ponieważ tak, zdarza mi się to dosyć często i czuję się wtedy jak leśny elf, mimo, że ku mojej wielkiej bolączce, nie mam urody elfa, więc jeżeli Wy nosicie zupełnie cywilizowane ubrania i nie wplatacie maków i chabrów we włosy ale wciąż lubicie ciepłe dla duszy i ciała obiady jedzone wspólnie lub egoistycznie w późno letnie, późne popołudnie, zakochacie się w tej zupie. Nie musicie miksować jej na idealnie gładki krem, drobne kawałeczki pieczonych warzyw nadają jej wyjątkowo wiejskiego wyrazu. Grzanki z wczorajszego chleba i już więcej Wam do szczęście nie potrzeba.

A ja jestem poetką wieśniarą.

zupa krem z marchwii

przepis na ok 4-6 porcji

składniki:

  • 1 kg marchwi
  • 1,5 l bulionu z kurczaka lub warzywnego (dorzućcie kawałek suszonego chili do gotowania bulionu, bo oczywiście ugotujecie go sami!)
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1/2 kminku, jeżeli używacie nasion w całości utłuczcie je w moździerzu
  • ok 5-6 łyżek masła
  • sól i pieprz
  • 3 ząbki czosnku
  • 1/2 cebuli
  • opcjonalnie: prażone płatki migdałów

wykonanie:

  • Rozgrzejcie piekarnik do 210 st
  • Rozpuśćcie w rondlu ok 3 łyżki masła, dodajcie przyprawy oraz sól i pieprz. Marchewki obierzcie i pokrójcie na grube plastry, wrzućcie do brytfanki, polejcie rozpuszczonym masłem z przyprawami i dokładnie wymieszajcie i wstawcie do piekarnika, pieczcie ok 20 min aż marchewki będą miękkie
  • W rondlu rozpuśćcie pozostałe masło, dodajcie drobno posiekaną cebulę a po chwili posiekany czosnek. Podsmażcie chwilę, gdy zaczną się delikatnie rumienić zdejmijcie z ognia
  • Upieczone marchewki przełóżcie do malaksera wraz z masłem z pieczenia, zeskrobując z dna brytfanki wszystkie przyprawy. Dodajcie bulion oraz cebulę i czosnek z masłem ze smażenia. Wszystko razem zmiksujcie. W razie potrzeby dosólcie do smaku, gdyby krem był zbyt gęsty, dodajcie nieco wody lub bulionu. Oczywiście możecie miksować blenderem. Podawajcie z grzankami

zupa z pieczonej marchewki

food photography

 

źródło przepisu Bakers Royal

 

zobacz także

dynia przepisy

Zupa z dyni i pieczonego czosnku

Sycąca zupa a'la Lasagna

Sycąca zupa a’la Lasagna

Sycylijska zupa rybna

Sycylijska zupa rybna

 

Acquario – monopol na jedzenie Wrocławia

acquario wrocław deser

Wrocławia nie znam ani trochę. Tym bardziej jego gastronomicznego zaplecza. Byłam tu raz, podczas Kuchnia Food Film Fest na kolacji z okazji zakończenia festiwalu, która miała miejsce w hotelu Monopol. Przygotowywał ją, między innymi, mój jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, przyjaciel. Kolacja miała miejsce w hotelu Monopol. Pyszna, jednak takie same, jeżeli nie lepsze, jadałam u niego w domu w Warszawie, a jako, że była to okazja niecodzienna i w kuchni również szaleli kucharze nie związani z Monopolem na co dzień (przynajmniej w większości), więc kolacja nie była miarodajna względem hotelowej restauracji. Kiedy więc przyjechałam do Wrocławia na kolejny festiwal filmowy, tym razem Nowe Horyzonty, nie miałam ani zielonego, ani bladego, ani żadnego innego koloru pojęcia co ze sobą począć ani gdzie pójść. Co gorsza, dojechałam wieczorem, bardzo głodna. I tu po raz kolejny na ratunek przyszedł wspomniany przyjaciel, który w przeciwieństwie do mnie rozplanował nam cały weekend :) Oczywiście przygotowany miał również ratunek dla mojego, wcale nie tak małego, głodu. Bez zastanowienia, myślę, że głównie mojego, wjechaliśmy na ostatnie piętro hotelu – a jakżeby inaczej – Monopol. A tam czekała już na nas Acquario, jedna z najlepiej urządzonych restauracji jakie miałam ostatnio okazję odwiedzić. Czego oczywiście nie widać na moich zdjęciach, bo próżność i późniejsze (przedstawione mi) plany mocno pogryzły się z perspektywą noszenia ze sobą aparatu, więc musiało skończyć się na pstrykaniu telefonem.

acquario wrocław

Eleganckie i jednocześnie bardzo bezpretensjonalne miejsce z niewielką salą i całkowicie otwartą kuchnią, przeszklone ściany i nowoczesny wystrój przywodzą na myśl nowojorskie bistro XXI wieku. Mamy wrażenie uczestniczyć w prywatnym przestawieniu kiedy szef kuchni na naszych oczach, a prawie przed naszym nosem, przygotowuje to, czego właśnie sobie zażyczyliśmy. Szef kuchni, który doskonale odnajduje się w roli gwiazdy wieczoru, błyszcząc na swojej scenie  niczym Michał Żebrowski na kulinarnej ściance. Mimo wszystko sprawia miłe wrażenie, a fakt, że w tak młodym wieku objął takie stanowisko w takim miejscu sprawia, że z przymrużeniem oka i rozbawieniem obserwujemy przedstawienie.
Restaurację otacza taras będący jednocześnie dachem hotelu i w ciepłe, letnie dni możemy zjeść kolację oglądając zachód słońca nad dachami Wrocławia. Sentymentalne głupstwo? Może. Widać jestem głupio sentymentalna, bo wcale nie miałam ochoty z tego tarasu schodzić z powrotem w tłum turystów na ulicach.

monopol acquario taras

restauracja acquario wrocław

Menu jest krótkie i często się zmienia, czyli wpasowuje się w aktualne trendy, jednocześnie przedstawia się interesująco i jest z czego wybierać. W godzinach 12-16 możemy spróbować 5 daniowego lunchu, oczywiście innego każdego dnia, od 18-23 obowiązuje karta. W sezonie lepiej zarezerwować stolik bo możemy trafić na imprezę zamkniętą typu np. wesele ;)

acquario wrocław menu

hotel monopol wrocław restairacja menu

Na początek zostają zaspokojone nasze, a przynajmniej moje, pragnienia odnośnie uczestnictwa w przedstawieniu teatru jednego aktora. Amuse bouche w wersji molekularnej zostaje zaserwowane nam przez szefa kuchni przy stoliku, który w oparach ciekłego azotu mrozi nasze własne lody mojito. Doskonale odnajdując się w swojej roli. I mówię to bez żadnych złośliwości!  Decydujemy się na doskonale przyrządzone przegrzebki ze smażonym bobem i musem z awokado. Bob dla mnie nieco zbyt miękki, bo najpierw ugotowany, później obsmażony przez co stracił jędrność. Danie nie rzucało na kolana, mogłoby być nieco mocniej doprawione. Jednak małże były na tyle dobre, że można przymknąć oko na dodatki.

acquario menu

Tuńczyk tataki z dashi i rzodkiewką był zdecydowanie bardziej wyrazisty z intensywnym bulionem i delikatnie potraktowaną rybą. Ciekawy, chociaż trafi w gusta wąskiego grona fanów dalekiego wschodu.

acquario wrocław tuńczyk

Mimo, że ośmiornica została mi odradzona, bo poprzedniego dani nie była idealnie miękka, uparłam się. Na złość mamie ściągnę czapkę, niech mi uszy odpadną. No i odpadły. Moja była tak twarda, że wyzwaniem było jej pokrojenie a przeżucie zajmowało kilka minut przy każdym kęsie. To prawdopodobnie najtwardsza ośmiornica jaką jadłam. Możliwe, że dla wyrównania, chips oliwkowy był nieco miękki i zdecydowanie zbyt gruby. Nie było jednak bardzo źle, bo lekko pikantna salsa pomidorowa, jak i sama ośmiornica (pomijając konsystencję) były smaczne. Na całe szczęście, szef kuchni wyraźnie zmartwił się zaistniałym faktem na tyle, że gdy kolejnego dnia przyszliśmy na lunch, sam zagadnął, że już wie co się stało z głowonogiem i na pewno to naprawi.

acquario monipol menu

Na deser dużo słodyczy. Zdecydowanie za dużo. Oba desery z olbrzymią ilością karmelu, toffi i cukru. Popcornowa panna cotta, mimo wszystko jest bardzo smaczna, delikatna, aksamitna z popcornem oblanym karmelem. Dodatkowa, spora porcja sosu karmelowego była już zbędna. Tak czy inaczej, cały pomysł bardzo fajny.

acquario wrocław panna cotta

Karmelizowana biała czekolada z musem Earl Grey i wiśniami to jeszcze więcej karmelu i słodyczy. Dobrze wykonane elementy, jednak poziom słodyczy został przekroczony nawet jak na deser.

acquario monopol

Menu lunchowe naturalnie nieco prostsze niż degustacyjne, jednak wciąż ciekawe. Na początek prosta sałatka z opalanym kozim serem. Niby nic oryginalnego, ale forma przygotowania i podania zdecydowanie ciekawsza niż ma to miejsce w 99% przypadków sałatek z tymi samymi składnikami, dzięki czemu nie przewracaliśmy oczami a z satysfakcją się uśmiechnęliśmy.

monopol wrocław restauracja

Krem z białych warzyw z oliwą truflową zdecydowanie zbyt intensywny, głownie za sprawą zbyt dużej ilości oliwy. Poza tym mógł mieć gładszą fakturę.

likus hotel monopol

Delikatnie przeciągnięty łosoś (tak wiem, robię się nudna z tym marudzeniem o przesmażonych rybach) z czarnym makaronem i burakiem sous vide na buraczanym sosie bardzo smaczny. Ostatecznie ryba nie była na tyle przesuszona, żeby popsuć danie.

likus hotele restauracja

Ballotine z indyka, który ani nie jest łatwy, ani nie należy do moich ulubieńców, zgodnie z obawami suche. Te same co przy ośmiornicy chipsy oliwkowe, groszek cukrowy i intensywna mieszanka przypraw z nutą kurkumy i prawdopodobnie wędzoną papryką. To chyba najsłabsze danie, którego spróbowałam w Acquario.

acquario lunch

Deser bardzo szybko zmył mieszane uczucia, proponując świetne połączenie lodów z gałki muszkatołowej, bezy z gałką oraz cudownie gładkiego musu z mango. Korzenne, dymne nuty przypraw świetnie uzupełniały słodycz mango i pozostawiły miłe ostatnie wrażenie z weekendu spędzonego w pewniej mierze właśnie w Acquario.

Koncepcja restauracji jak i menu jest bardzo kompatybilne z innymi hotelami i restauracjami braci Likus. Bez problemu przychodzi nam na myśl skojarzenie z warszawskim Concept 13 i jest to bardzo lojalne względem stałych gości tej sieci hoteli. Preferując pewne standardy znajdziemy je również w hotelowych restauracjach, bez względu na którą się akurat zdecydujemy. Nie bez znaczenia jest za pewne fakt, że obecny szef kuchni Conceptu, wcześniej zarządzał kuchnią Acquario, a skoro rozwiązania się sprawdziły, po co je zmieniać?
Bardzo przyjemne wnętrze, bardzo przyjemne menu jak i poziom podanych potraw w pełni zasługują na metkę Likus. Po przetestowaniu sporej ilości potraw, z wielką przyjemnością jeszcze tu kiedyś wrócę, bez strachu.

 

Acquario
ul. Heleny Modrzejewskiej 2
Wrocław
strona www

 

 

 

 zobacz także

Concept 13, Warszawa

Concept 13, Warszawa

Atelier Amaro*, Warszawa

Atelier Amaro*, Warszawa

L'enfant Terrible, Warszawa

L’enfant Terrible, Warszawa

 

 

Sernik jagodowy z białą czekoladą

sernik jagodowy z białą czekoladą

Leśne jagody dla wielu osób są czymś dzikim i poszukiwanym, za czym pędzi się na bazar, szukając babulinki z chustką na głowie, która o bladym świcie zgarbiona skubała małe, czarne kulki, żeby sprzedać je później w litrowych słoikach wygłodniałym mieszczuchom. Dla mnie jagody były od zawsze czymś naturalnym, co było dostępne na wyciągnięcie ręki przez całe wakacje i najczęściej było pochłaniane z cukrem i śmietaną z glinianego, kociewskiego garnuszka. Zarówno ja, jak i wszyscy moi przyjaciele i ich rodziny, odkąd skończyłam 5 lat do czasów obecnych, kiedy mam ich 27, przez całe wakacje uśmiechaliśmy się na fioletowo. Większość z nas robi obecnie kariery międzynarodowe albo świecą  bialutkimi zębami na okładkach gazet, z przyczyn oczywistych pozostawię wpis bez nazwisk, ale są wśród nas filmowcy, muzycy, znani projektanci mebli, miss polonia, światowej klasy profesorowie, euro politycy itp., itd. Wszyscy mamy to szczęście, że wakacje spędzamy wciśnięci w sam środek Borów Tucholskich, odcięci od rzeczywistości i zasięgu telefonów, na całe szczęście nie odcięci od prądu i pasty do zębów. Do tej pory spotykamy się co roku bez makijażu, z zakurzonymi stopami i nadal uśmiechamy się tymi samymi, czarnymi zębami.
Kiedy okazało się, że w tym roku z powodów zawodowych, zamiast 2,5 miesiąca spędzę w lesie 5 dni, opanowało mnie przerażenie, że stanę się jedną z tych osób, która jagody będzie kupować w warzywniaku. I o zgrozo na kilogramy a nie na litry!!!! Dzielnie kupiłam je tylko raz, zacisnęłam zęby i wytrzymałam, aż dojadę do mojego małego, polskiego raju i tam zaatakowałam stojące przy drodze dzieci, starsze pani oraz wytatułowanych synów gospodarzy, którzy tłumnie sprzedają jagody. Na pierwszy ogień, oprócz pierogów z jagodami, poszedł sernik. Cudownie kremowy, jagodowo fioletowy z dodatkiem białej czekolady i odrobiny likieru kokosowego. Jagodowe uśmiechy były w tym roku jeszcze szersze :D

 

składniki:

  • 700 g sera na sernik o zwięzłej konsystencji
  • 100 g mascarpone
  • 2 szklanki jagód – 0,5 litra i nie pytajcie o kilogramy !
  • 200 ml śmietany kremówki
  • 300 g białej czekolady
  • 3 jajka
  • 100 g cukru pudru
  • 50 ml likeru lub rumu kokosowego

na spód

  • 220 g ciasteczek Oreo
  • 50 g masła, roztopionego

 

wykonanie:

  • Oreo zmiksujcie na drobne okruszki i wymieszajcie z masłem. Tortownicę o średnicy 22 cm, wyłóżcie papierem do pieczenia na dnie i przełóżcie ciasteczka z masłem, uklepując równe dno, bez brzegów. Wstawcie do lodówki na czas przygotowywania masy
  • Rozgrzejcie piekarnik do 165 st, na dno wstawcie brytfankę z gorącą wodą
  • Czekoladę rozpuśćcie ze śmietanką w kąpieli wodnej, ostudźcie
  • Jagody zmiksujcie na pastę, dodajcie ser i mascarpone, dodajcie cukier puder, jajka oraz ostudzoną czekoladę ze śmietaną i likier. Masę przełóżcie na ciasteczkowy spód i wstawcie do nagrzanego piekarnika. Pieczcie ok 60 min aż środek będzie zwięzły i lekko ruszał się przy potrząsaniu
  • Wyłączcie piekarnik, uchylcie drzwi i pozostawcie do całkowitego ostudzenia. Następnie wstawicie sernik do lodówki na co najmniej kilka godzin, najlepiej na całą noc aż ser całkowicie zastygnie

sernik jagodowy z likierem kokosowym

lato na wsi

sernik jagodowy

sernik z jagodami

 

źródło inspiracji: Słodkie Fantazje

 

 

zobacz także

Sernik pistacjowy

Sernik pistacjowy

Sernik z glazurą lawendową

Sernik z glazurą lawendową

Smoothie jagodowo - kokosowe

Smoothie jagodowo – kokosowe

Sztuka kulinarna Wrocławia w Food Art Gallery

food art gallery wrocław żabnica

żabnica, jarmuż, kapusta włoska, soczewica, boczek

Działająca od 2 tygodni restauracja Food Art Gallery to miejsce, którego brakowało na kulinarnej mapie Wrocławia. Położona nad Odrą, z tarasem wychodzącym na rzekę, oddalona nieco od turystycznego zgiełku rynku, doskonale sprawdza się na romantyczną kolację lub lunch w gronie dobrych przyjaciół. Mimo, że wnętrze nie do końca trafia w moje gusta, wydaje się odrobinę nijakie, zbyt bezpieczne, to jest jednocześnie bardzo przyjemne. Doskonała jakość wykończenia i nie przykuwające uwagi elementy sprawiają, że skupiamy się na tym co najważniejsze – doskonałym jedzeniu i doskonałym towarzystwie. Szczególnie, że taras osłania od słońca i szumu ulicy, więc atmosfera jest lekka i przyjemnie intymna.

food art gallery wnętrze

food art gallery wystrój

Szefem kuchni został Mariusz Kozak, pracujący kiedyś w Brasserie Warszawska. Teraz we Wrocławiu pokazał, że potrafi stworzyć dobrze zbalansowaną, prostą ale jednocześnie interesującą kartę i tchnąć ducha w nowiutką restaurację w mieście, które dopiero raczkuje na szlaku wycieczek na kulinarny szczyt. Zarówno estetyka podania, jak i techniczne wykonanie potraw zasługują na uznanie, a do tego porcje są na prawdę spore jak na restaurację fine dining. Na tyle duże, że nie starczyło nam miejsca na deser ;) W tygodniu znajdziecie również stale zmieniające się menu lunchowe.

food art gallery karta

W upalne, wczesne popołudnie decydujemy się na gazpacho i grillowaną makrelę. Jak na przystawkę, zupy było nieco za dużo i ledwo zjadłam ją do końca. Ale to jedyny minus tego dania. Lekko pikantne dzięki dodatkowi świeżego chili, podane w temperaturze pokojowej, dopiero dzięki paprykowym lodom robiło się przyjemnie chłodne. Lody mogłyby być odrobinę mniej słodkie, ale miały dobrą konsystencję i miło orzeźwiały danie. Doskonała propozycja na tropikalne upały opanowujące obecnie Polskę.

gazpacho, pieczona papryka, bazylia

gazpacho, pieczona papryka, bazylia

Prawidłowo przygotowana makrela, na surówce z selera, z dodatkiem listków ogórecznika i rzodkiewką wzbudziła nieco mniej emocji, jednak była dobrze skomponowana i zdecydowanie mogłaby nawet uchodzić za samodzielne danie. Na mniejszy głód lub jeszcze większy upał.

food art gallery menu makrela

makrela, seler, szynka, ogórek

Nasze dania główne to wciąż ryby. Oboje jesteśmy uczuleni na wymęczone temperaturą, przesuszone dary morza, więc zarówno dorsz, jak i żabnica mogły popsuć dobrze wrażenie po przystawkach. Na szczęście oba dania były przygotowane z należytą uwagą. Dorsz bardzo delikatny i soczysty, w otoczeniu świetnego bisque, które podkreśliło mało wyrazisty smak ryby, z porem i fenkułem i smażonymi ziemniakami z dodatkiem langustynek. Te akurat mogłyby być ściągnięte z ognia nieco wcześniej, jednak nie było to rażące przewinienie. Na prawdę bardzo udane danie.

dorsz, langustynki, por, szafran

dorsz, langustynki, por, szafran

Żabnica na brzegach była delikatnie przypieczona, a w środkowych partiach już miękka i soczysta . Soczewica blanszowana na maśle z dodatkiem kapusty włoskiej z boczkiem dobrze komponowały się z mięsistą rybą. Lekkie i chrupkie chipsy z jarmużu oraz piana z boczku dodawały daniu odrobinę subtelności.

W zasadzie ciężko stwierdzić, która z potraw była lepsza oraz, które danie było najlepsze. Poziom całego obiadu był bardzo wyrównany. Nie było wpadek, nie było też uniesień, jednak poziom, który prezentuje Food Art Gallery pozostawia resztę Wrocławia nieco w tyle, a myślę, że i w porównaniu ze zdecydowanie mocniej rozwiniętą gastronomią Warszawy, wypada bardzo dobrze. Atmosfera okolicy, lekki wiaterek, przystań i luźna elegancja panująca w lokalu sprawiły, że kolejnym razem wybierając się do Wrocławia, będę miała to miejsce w zanadrzu, jako swojego bezpiecznego pewniaka na udaną kolację.

Food Art Gallery
ul. Księcia Witolda 1, lok 1
Wrocław
fan page na facebook’u
strona www

 

 

zobacz także

Skandal BistroBar, Warszawa

Skandal BistroBar, Warszawa

L'enfant Terrible, Warszawa

L’enfant Terrible, Warszawa

Acquario, Wrocław

Acquario, Wrocław