L’enfant Terrible – niegrzeczne dziecko z kwaśną miną

pomidory, pomidory

pomidory, pomidory

Kiedy L’enfant Terrible otworzyła swoje skromne progi dla głodnych wrażeń gości, w środowisku zawrzało. Szefem kuchni został Michał Bryś, który niedawno wrócił z kulinarnych wojaży, szkoleń i nauk w Londynie. A w naszym uroczym kraju wciąż pokutuje przekonanie, że jeżeli coś pochodzi zza zachodniej granicy, to na pewno jest lepsze. Więc takie nauki zbierane w Londynie już same z siebie czynią z szefa jednostkę wyjątkową. Tak więc szepty podekscytowania krążyły nad Warszawą, a oczekiwania były niemałe. Nie wiem do końca gdzie Michał Bryś zdobywał swoje doświadczenie zawodowe, obawiam się jednak, że podobnie jak wielu pracujących na wyspach rodaków, mógł pracować ciężko i mało owocnie w jakiejś fabryce. Może w fabryce materacy, jednak z tyłu głowy uparcie świdruje mi przeświadczenie, że była to fabryka octu.

Pobiegłam tam z otwartym sercem, jak na skrzydłach, wieczór był ciepły i przyjemny a miejsce zaraz obok domu. Byłam zachwycona, że wreszcie w tej części Mokotowa została otwarta porządna restauracja, bo zawsze powraca ten sam problem: gdzie pójść na kolację, nie przemierzając całego miasta. Niepozorny lokal, bez szyldu – zapowiadało się interesująco. Ciemno szary budynek, ładny graficznie znak restauracji widniejący jedynie na drzwiach. Wszystko doskonale wpasowuje się ideologię kreowaną przez właścicieli w szeroko pojętych mediach i łączące się z samą nazwą. Przy wejściu sztab obsługi już wyczekiwał na swoje ofiary. Na pierwszy rzut oka wnętrze dokładnie takie, jakiego się spodziewałam w tym miejscu. Ciemne, z obdrapanymi ścianami i industrialnymi dodatkami. Jednak jeżeli zaczniemy rzucać kolejnymi oczami po ścianach i sufitach, cały czar pryska, bo oprócz „brudnego” światła, niewiele tu z pofabrycznego mroku. Cegiełki na siłę odłupywane ze ścian, stylizowane lampy, które są wciąż tylko stylizowanymi a nie znalezionymi na złomowisku czy u kolekcjonera staroci, a białe krzesła z Ikei mogłyby raczej udawać umeblowanie romantycznego dworku niż opustoszałej rzeźni. Żaden dekorator nie zmieni lokalu w powojennym, kilku piętrowym, szarym budynku mieszkalnym w stary berliński browar, a tak w zamierzeniu restauracja miała wyglądać. Niegrzecznie. Wygląda tylko sztucznie.

l'enfant terrible wystrój

Karta składa się z menu degustacyjnego z 3 lub 5 dań, do wyboru opcja wegetariańska lub klasyczna. Danie główne w menu wege występuje w postaci ryby, czyli jednak nie wegetariańska, tylko niby wegetariańska. Dla tych wegetarian, którzy lubią poudawać, bo ssaka szkoda, a rybki nie. Co wtedy z Syrenką Ariel? Możemy też zamówić pojedyncze dania a’la carte, jednak niczym się one nie różnią od tych degustacyjnych.

Na kolację udaliśmy się, tydzień po otwarciu, kiedy lokal nie miał jeszcze koncesji. Miłym gestem była możliwość przyjścia z własnym winem. Chociaż samo jego kupowanie było dosyć zabawne. „-Dzień dobry poproszę wino. – Jakie? – W zasadzie nie wiem, bo nie wiem co będę jeść.” W takim momencie najlepiej sprawdza się złota zasada mojej siostry: „Poproszę wino, tanie i dobre.”

l'enfant terrible menu degustacyjne

l'enfant terrible michał bryś

Obsługa bardzo miła, pojawiała się zawsze kiedy była potrzebna. To chyba najmocniejszy punkt tego miejsca. Niestety jednak wpisywała się też w trend panujący ostatnio wśród kelnerów restauracji uparcie brnących w składnikową formę menu i starających się udowodnić na każdym kroku, że szef kuchni wie co to jest sous-vide, paco jet i potrafi zrobić pianę, puder, a może nawet tipsy i pomadkę z każdego składnika, bez różnicy czy ma to sens, czy nie. Bowiem kelnerzy w takich miejscach, bardzo często mają poczucie wyjątkowości swojej pracy, tym samym mając przekonanie, że klient wiedzy szefa o technikach i tajnikach na pewno nie posiada, co za tym idzie, kelner jest zobowiązany z namaszczeniem i odpowiednią wzniosłością wyrecytować wykuty na blachę elaborat obwieszczający z czego składa się danie. A może czego jest nam dane skosztować. Szczególnej intonacji kelner w swojej przemowie używa, żeby zaznaczyć, że na talerzu mamy BŁOTO z bakłażana, CZIPS z pomarańczy, że któryś z elementów jest ZDEKONSTRUOWANY, a najlepiej jeżeli jeszcze znajdzie się coś ekologicznego, hodowanego metodą biodynamiczną. Cudownie by było, gdyby któryś z elementów mógł być sferyczny, tak, żeby wyrzucić nas na orbitę. Błysk w oku kelnera pojawia się w momencie obwieszczenia nam, że któryś z elementów na talerzu jest jadalny, mimo, że takim się nie wydaje, np. ogonek jabłka jest zrobiony czekolady. Ot, zaskoczenie! I radość! Radość w oczach kelnera kiedy gość jest zdziwiony. Celebrowanie opowieści o daniu często znacznie czasowo przewyższa długość jego spożywania. Jednak odpowiednie wprowadzenie jest niezbędne dla podtrzymania atmosfery wyjątkowości sytuacji.

masła: zwykłe, z lubczykiem, waniliowe oraz sól wędzona i morska

masła: zwykłe, z lubczykiem, waniliowe oraz sól wędzona i morska

Dobrym zwyczajem dostajemy na początek pieczywo i masło. Masło klasyczne, z lubczykiem, bo lubczyku nie może zabraknąć w żadnym daniu, oraz waniliowe. Pieczywo, czyli całkiem smaczne brioche, oraz twarde jak kamień, wysuszone bułeczki i chleb na 15 letnim zakwasie. Nie trudno wyobrazić sobie dumę kelnera w momencie kiedy oznajmia, że zakwas ma 15 lat. Nie jestem jednak pewna, czy to zakwas czy cały chleb przeleżał te 15 wiosen zanim do nas trafił, bo nie dość, że bardzo kwaśny to jeszcze bardziej twardy. W zasadzie możliwe jest, że ten sam bochenek był przekazywany z pokolenia na pokolenie przez te wszystkie lata, a teraz może być również przekazywany ze stolika na stolik bo nie ma obawy, że ktoś go zje. Nie sądzę, żeby się dało go pogryźć.

l'enfant terrible chleb

Pierwsza przystawka nie wróżyła jeszcze gradobicia, ale chmury powoli nadciągały. Burak, oczywiście sous-vide bo nikt innego już obecnie nie podaje, z kozim serem. Tak, burak z kozim serem. W botanicznej kompozycji z liśćmi szczawiku, z drzewkiem, z chmurką z bezy, która była najlepszym elementem dania. Brakowało jedynie łódeczki z żółtego sera z żaglem z szynki, które większość dzieci układa na bułce cipce lub kajzerce tworząc swoje pierwsze wyrafinowane danie w życiu. Centralnym punktem dania były lody z makreli i mus z pstrąga. Wędzonych. Słodkie lody z wędzonej makreli to odważne posunięcie. Niestety zdecydowanie nieudane. Do ozdoby jadalna gałązka z pokrojonej laski wanilii, czyli kawałek gumowej, przypominającej korę części wanilii, którą się wyrzuca i po tej kolacji utwierdzam się w przekonaniu, że słusznie.

burak z makrelą i pstrągiem

burak z makrelą i pstrągiem

Rozsławiony tatar z młodego jelenia, na który czekałam z niecierpliwością, bo jeleń to jedno z moich najulubieńszych mięs. Tatar był zdekonstruowany. Zdekonstruowany musiał być również mój wyraz twarzy kiedy kosztowałam elementów konstrukcji. Niedoprawione, poszarpane mięso napchane w ciasto smażone w głębokim, bardzo starym i bardzo śmierdzącym tłuszczu, które jak podejrzewam, miało przypominać konar drzewa. Jelenie żyją przecież przed śmiercią w lesie. Na leśnej polance obok drzewa porozsiewane były dzikie kwiatki, różowe, białe i żółte z ogórkami wystającymi z …. niektórych kwiatków, oraz leśne grzybki. Przydały by się jeszcze muchomorki i Papa Smurf. Była też zielona galaretka z konserwowych ogórków. A może to żabka? Albo książę zamieniony w żabkę za sprawą octowego zaklęcia. Nie mogło zabraknąć lodów. Z lubczyku, chociaż nie wiem, czy lubczyk rośnie dziko w lasach.

tatar z młodego jelenia

tatar z młodego jelenia

Na miejscu tatara po stronie wegetariańskiej wystąpiła niekwestionowana gwiazda wieczoru, czyli niebezpiecznie brzmiący Ekler „V”. Czyżby V jak Vendetta? Tylko za co szef kuchni chce się na nas mścić? Bo chyba czymś musieliśmy mu podpaść skoro podaje nam nie do końca chrupiącego eklerka z, uwaga, zszarzałym, grudkowatym puree ziemniaczanym z białą czekoladą i porem!!!! Do tego truskawki pływające w occie oraz coś na kształt nóżek w galarecie bez nóżek. Może kolejna dekonstrukcja, a może już paranoja. Tylko czyja? Nasza czy jego? Bo rozglądając się wokół, widząc aktorów serialowych rozsmakowujących się w przelewających się litrach octu, czułam się jak zdrowy człowiek zamknięty w domu wariatów. A może to jednak ja zwariowałam? Wiedziałam, że jest bardzo źle kiedy mój przyjaciel, pobladły, powiedział, że tego nie zje. Spróbowałam tylko ciucik ciucik na czubku widelca wyrafinowanego puree, co w zupełności wystarczyło żeby osiągnąć moment, w którym nie wiemy co zrobić z tym co mamy w ustach, bo nawet momentalne wyplucie jedzenia na stół, prezydenta czy cokolwiek by się znalazło przed nami  i tak nie zatrze niesmaku w ustach i żadne popijanie ani zagryzanie nie pomoże przez długie godziny.

ekler "V"

ekler „V”

Kolejna, teksturalna przystawka, składała się z pomidorów zaatakowanych kolejnymi technikami. Musy, galaretki, dyski z pomidorów. Wszystko skąpane w litrach octu. Galaretki z wody pomidorowej nie dało się nawet ugryźć, bo była przyrządzona w proporcjach 3 kilo żelatyny Gellwe na pół łyżeczki wody i jakkolwiek by jej nie podejść, była niezniszczalna. Czekoladowa trufla z pomidorową posypką była po prostu truflą z gęstej czekolady, a w tej sytuacji bycie czymś po prostu jest olbrzymią zaletą. Niestety dostała do ozdoby rzekomo jadalną szypułkę, która w rzeczywistości była prawdziwą, wysuszoną szypułką z ostrymi, suchymi szpikulcami, czyli chyba jednak nie do końca jadalną. No i czips, który oczywiście musi być. Czips był wysuszonym plasterkiem pomidora. A kuku! Wcale, że nie. Bo był częściowo wysuszonym plasterkiem, czyli takim ani pomidorem, ani czipsem, tylko gumowatym plackiem przyklejającym się do zębów. No i oczywiście lody, z suszonych pomidorów. Słodkie, bo lody to przecież deser.

Dania główne. Wreszcie chwila oddechu. Nic specjalnego to oaza spokoju dla kubków smakowych. Chociaż cielęcina była bardzo miękka (zapewne sous-vide), niczym nie przekombinowana, bardzo smaczna. Udało jej się nawet uciec przed octem. Nie udało się jednak towarzyszącym jej rzodkiewkom. Oprócz tego dopadła je dziwna, chińska bolączka. Smakowały tak, jak smakuje wszystko w chińskim barze w przejściu podziemnym przy dworcu centralnym. Specyficznie, bardzo specyficznie :) Do tego, bodajże, pietruszkowe kluseczki z tonką. Z dużą ilością tonki. Uwielbiam ją i zawsze cieszę się kiedy widzę, że kucharze eksperymentują z jej użyciem, jednak wystarczy odrobina tego magicznego bobu żeby nadać wyrazu, a użycie tak dużej ilości sprawiła, że kluski były bezsensownie słodkie. Tonka jest w niektórych krajach zakazana w sprzedaży ze względu na właściwości halucynogenne przy użyciu w dużych ilościach, więc może tutaj należy doszukiwać się celu? Cielęcinie towarzyszyły ziemniaczane rosti, które jednak zamiast chrupiących, lekkich placuszków, przypominały co najwyżej podeszwę od hinduskich sandałów. Nie było lodów.

cielak

cielak

Jesiotr tylko odrobinę przeciągnięty, jednak nie na tyle, żeby być nie smacznym. Rozgotowany groszek i zważony sos prawie bearnaise wyrównały jednak poziom do reszty. Danie, o którym niewiele można powiedzieć. Po prostu było.

jesiotr

jesiotr

Deser pt. „mleko” to mleczne lody (!)  z mlecznym chrupkiem, rozmiękłą granitą ciasteczkową oraz mlecznym pudrem, który okazał się być mlekiem w proszku i przez który o mało się nie udusiłam bo rozpylał się w gardle jak gaz bojowy. Do tego jak zapowiedziała kelnerka, czekoladowa plama. Tutaj wybuchnęłam już jawnie śmiechem, bo plama była rzeczywiście wielkim kleksem będącym czymś w rodzaju zaschniętej skorupki na czekoladowym budyniu. I kolejny „jadalny” element, kwiatek lawendy. Może ktoś powinien uświadomić szefa, że jadalne w lawendzie są maleńkie, fioletowe kwiatuszki w fazie rozkwitu a nie całe kłącze wraz z łodygą i zaledwie pączkami kwiatów. Zapewne bym się nie otruła, ale raczej nie mam ochoty zjadać połowy rośliny. Chociaż może w tej sytuacji to już bez różnicy.

mleko

mleko

Wymyślony tego samego dnia deser kawa/czereśnie/czekolada, całkiem nowa nowość, której mieliśmy wyjątkową okazję spróbować to niedopieczone ciasto czekoladowe, które jednak nie było brownies, a papką o smaku mąki, polaną czymś co za pewne miało w sobie kawę, a dzięki niej lekko nieprzyjemny kolor oraz mus z białej czekolady, tym razem na szczęście bez porów. Co zaskakujące, były również lody.

 

kawa/czereśnie/czekolada

kawa/czereśnie/czekolada

Jedno wiem na pewno, zostałam pokarana za tekst, który pisałam dzień wcześniej, o tym jak to uwielbiam lody w różnych, najdziwniejszych smakach. Cofam. Wiem też drugie, że restaurację można określić w zasadzie jednym słowem, którego, być może przewidujący właściciele, użyli wymyślając jej nazwę – TERRIBLE.

 

L’enfant Terrible
ul. Sandomierska 13
Warszawa
fan page na facebooku

 

zobacz także

Concept 13, Warszawa

Concept 13, Warszawa

Atelier Amaro*, Warszawa

Atelier Amaro*, Warszawa

By the Way, Warszawa

By the Way, Warszawa

2 thoughts on “L’enfant Terrible – niegrzeczne dziecko z kwaśną miną

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

WP-SpamFree by Pole Position Marketing