soho food market

Zawsze zazdrościłam, zazdrością zawistną, różnym zagranicznym krajom, różnych targów z jedzeniem różnego rodzaju. Jak tylko moja noga stawała na obczyźnie, gnała od razu na targi, markety, jarmarki, żeby reszta części mojego ciała mogły pomacać, powąchać, pooglądać skarby morza, plony ziemi, podarunki Matki Natury. Dostępność świeżych, dojrzałych, często organicznych produktów w naszym kraju wciąż pozostaje luksusem. Dostępność regionalnych wytworów z różnych stron świata również często pozostawała w sferze marzeń, więc odwiedzając odległe, lub nie tak bardzo, krainy, trzeba było zaopatrzyć się w mozzarellę di buffala, chorizo lokalnej produkcji, czy pięknie pachnące starą skarpetą aromatyczne francuskie sery pleśniowe, upchać je później w walizce między nową jedwabną sukienkę i t-shirt od projektanta i przetransportować do własnej lodówki ciesząc się potem przez jeden wieczór śródziemnomorską kolacją. O ile robimy to z własnej woli to aromat walizki jest potem tylko naszym problemem. Jednak jeżeli wykorzystujemy dobrą wolę przyjaciół i rodziny, którzy nieświadomi niczego pytają „co ci przywieźć z Rzymu” i dostając odpowiedź „pancettę”, nie wiedzą co ich czeka i raz na dobre mogą zrazić się do robienia prezentów komukolwiek. W ten sposób moja siostra przewiozła w swojej walizce specjały poczynając od Argentyny po Tajlandię i wcale jej się nie dziwię, że urządzając ostatnio nowe mieszkanie oznajmiła, że w kuchni pod ścianą postawi kanapę i „będzie tak fajnie, ktoś będzie siedział, ktoś będzie gotował, albo nie….” – tu zwracając się do mnie „ja będę siedzieć a ty będziesz gotować”. Pora więc odpracować swoje prezenty.

Kolejną bolączką było dla mnie oglądanie programów typu „Bez rezerwacji” gdzie Tony Bourdain zajadał się hot-dogami z węża z podwójnym serem, hamburgerami z bizona i stir-fry z uszu nietoperza, siedząc na krawężniku umazany po pachy słodkim sosem chili, ekscytując się, że wydał 6 dolców, kiedy u nas jedzenie uliczne ograniczało się do MacDonald’sa i kebaba z psa. Jakże ja marzyłam o tym hot dogu z węża, jaką traumę wywarł na mnie brak ulicznego jedzenia w Polsce!

Kiedy więc Nasz Przyjaciel Facebook oznajmił mi taką oto radosną nowinę, że warszawscy smakosze też mają dosyć podróżowania do Etiopii po maniok, trzymając w ręku sfatygowaną zapiekankę z mrożonymi pieczarkami, wzięli się w garść i zorganizowali Food Market w Soho Factory na Pradze Południe, stwierdziłam, że ich trauma musiała być jeszcze większa! Stwierdziłam również, jestem im ogromnie wdzięczna. Mój zachwyt nie miał również granic dlatego, że tematem przewodnim targów miał być właśnie Street Food, prężnie się ostatnimi czasy w stolicy rozwijający. Najlepsze opcje zebrane w jednym miejscu! Pierwsza edycja miała się odbyć za dwa dni więc natychmiast zwerbowałam moją przyjaciółkę z zapaleniem płuc, nie przyjmując słowa odmowy, mimo, że 2 godziny wcześniej krzyczałam na nią, że nie leży w łóżku. Podekscytowana zerwałam się skoro świt o 9 bez najmniejszego problemu, gdzie problemem jest zazwyczaj godzina 11. Jedziemy!

soho2

Piękny krajobraz skąpanej w deszczu stolicy nijak nie wpłyną na nasze humory, bo targi zorganizowane były na hali. I to ogrzewanej. I to bardzo ogrzewanej. Industrialne wnętrze z estetycznymi stoiskami i sporą ilością stolików, robiło jednak nieco puste i zimne wrażenie. Nie było ciepłej atmosfery towarzyszącej mieszaniu chochlą w kociołku i przyjemnej dla ucha wrzawy zachwyconych ludzi. Jednak ciężko spodziewać się żebyśmy my, zachowawczy, nie do końca spontaniczny naród, tryskali radością i uśmiechami w nowym miejscu, które jeszcze nie okrzepło, wśród nowych ludzi. Bo jeżeli na hiszpańskim targowisku, wśród tłumu pokrzykujących z uśmiechem, szpakowatych przystojniaków i ocierających się swoimi krągłościami o kapustę dam, zobaczymy stojącego jak słup soli wystraszonego turystę, nieśmiało zerkającego na czerwonego pomidora, że niby by chciał, bo u niego są tylko ze szklarni, ale w sumie to wstydzi się zapytać, możemy być pewni, że będzie to Polak. Tak więc euforii nie było, tłumów wielkich też nie, ale zainteresowanie całkiem spore i widać, że wszyscy „by chcieli”. Sprzedawcy też nie do końca potrafili odnaleźć się w nowej sytuacji, nie specjalnie zachęcając do spróbowania, nie opowiadali o swoich produktach, Przynajmniej niewielu z nich. Bo jeżeli przy straganie widzimy panią z nosem na kwintę jak u Tutto Bene, to jednak jako zachowawczy Polacy, nie rzucimy się z cała listą pytań pragnąc degustacji. Na szczęście oferta jaką Tutto Bene prezentowali, broni się sama i przywożona co tydzień świeża mozzarella może już ustąpić miejsca w walizce np. fioletowej kukurydzy.

soho food market

soho9

soho8

Byli też i sprzedający bardziej otwarcie nastawieni do klienta, jak choćby stoisko z robionym na miejscu makaronem Boretti, gdzie przemiły brodacz zapraszał na próbki tortellini. Smaczne pierożki, w lekko przesolonym sosie. Chłopaki z Wootwórni nie pozwalali przejść koło siebie obojętnie. Nie wiem czy to ich urok, czy to policzki wołowe, na które od dawna miałam ochotę (chłopaki, litości, SOLI !!!!! może pożyczcie od makaronów?), ale obszerny wybór przetworów, dżemów i konfitur do spróbowania również mocno przyciągał. Zakochałam się w galaretcę arbuzowej z wódką i dżemie pomarańczowo-rozmarynowym.

soho4

soho3

soho15

No i wisienka na torcie – Yellow Dog. Czyli dowód na to, że skoro warszawski street food tak prężnie się rozwija, to najlepsza opcja była z Krakowa 😀 No i dlaczeoooo ??!!! Pieczony w trzech temperaturach sernik z zieloną herbatą, galaretką z hibiskusa i czekoladową ziemią powalał na kolana. Tarta z miso nie zostawała w tyle.Uśmiechnięty szef kuchni, uśmiechnięci klienci, jedzenie z wysokiej półki. Czyli można? można. Na szczęście Yellow Dog coraz częściej pojawia się w stolicy z okazji różnych warsztatów i marketów, więc mam nadzieję, że rozgoszczą się tu na tyle dobrze, że może zostaną na dłużej.

soho14

Ciężko wymagać, żeby pierwsza edycja czegokolwiek była idealna. Jednak o ile jest zorganizowana z pomysłem, z charyzmą i z dobrym humorem, to dalej może być tylko lepiej. Może nie pojawię się na drugiej czy trzeciej, ale kolejne będę śledzić z uwagą i nadzieją, że sytuacja rozwinie się w tym kierunku, na jaki się zapowiada. Dobra robota!

śledźcie Soho Food Market na facebook’u 

 

soho1

soho5

soho6

soho7

SONY DSC

soho11

 

 

zobacz również:

La Boqueria, Barcelona
La Boqueria, Barcelona
akademia kurta schellera zdjęcia
Akademia Kurta Schellera, Warszawa
Śniadaniownia, Warszawa
Śniadaniownia, Warszawa

 

 

 

 

 

 

 

 

relację z Soho z innej perspektywy znajdziecie na Aromat Malin (zapalenie płuc powoli ustępuje 😉 )

 

 

 

7 thoughts on “Soho Food Market zbiera jedzenie z ulicy

  1. mniam 🙂 tyle pyszności

  2. Aż zachciało mi się tam być jak czytałam 🙂

  3. Lecę do Yellow Dog!!!:D cudownie akurat być w Krakowie, biegnę po sernik;)

  4. Boże jak ty pięknie piszesz,masz talent dziewczyno i bardziej to wykorzystaj bo takiego”Pióra”: długo szukać!!!!!

  5. Mogę Cię czytać bez końca,pisz pisz pisz opisuj,a kultura czytania wróci do łask dziękuję

  6. Miejmy nadzieję, że będzie się rozwijać i już wkrótce będzie lepiej. A sprzedawcy wykażą więcej entuzjazmu 🙂

  7. wow!! co to za miejsce, nie wiedziałam ze jest coś takiego!!!! to wspaniale.
    dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.